Byłem w tym roku na urlopie na Helu i po raz kolejny przekonałem się, że polscy kierowcy nie potrafią jeździć

Gdy jechałem nad Bałtyk nie dziwiłem się wcale, że co chwila wyprzedza mnie jakiś matador (także na ciągłej), któremu wydaje się, że umie jeździć. W końcu powinienem go zrozumieć, bo on spieszy się na urlop. Jednak głupotę naszych kierowców doceniłem dopiero na Helu. Na odcinku z miejscowości Hel do Juraty jest 7-kilometrowy odcinek gdzie nie można się zatrzymywać, wyprzedzać i obowiązuje ograniczenie prędkości do 50 km/h. Tylko pierwszy z zakazów jest tak naprawdę przestrzegany. Cały czas jechałem zgodnie z przepisami i co chwila byłem przez kogoś wyprzedzany. Patrzyłem po rejestracjach i widziałem, że nie są to miejscowi tylko turyści. I co też powiedzą, że im się spieszy? Gdzie? Morze im zamkną, a może w restauracji zjedzą wszystkie ryby? Nie to zwyczajni egoiści, którzy mają gdzieś innych kierowców, przepisy i turystów, którzy mogą nie chcieć wysłuchiwać ryku silników ich aut. Pośpiech miejscowych też jest bez sensu, bo każdy kto był na Helu wie, że na tej drodze można zaoszczędzić co najwyżej 30 sekund. Tym bardziej, że wszyscy ci szybcy i tak stali razem ze mną w korku przed światłami w Juracie.

Pozdrawiam